Czarnohora – od strony zakarpackiej przez Szpyci do Bystrca

Zakarpacie to mało znany, wciąż nieodkryty i nie mający znaczącego miejsca w literaturze polskiej region. Burzliwe dzieje zgotowały tu istną mieszankę kultur, dzięki narodom którym los nakazał żyć obok siebie. Rusini, Ukraińcy, Węgrzy, Rumuni, Czesi oraz Cyganie. Także Żydzi oraz Niemcy … To kocioł niesamowity, zamknięty niemal z każdej strony górami, które stanowią granice sąsiadujących państw oraz obwodów. W kotle żyją narody, o których nigdy nie pamiętano. Kraina ta, zawsze była na uboczu. Zacofana i biedna, ale też dzięki temu zachowująca do dziś w wielu miejscach tradycyjny styl życia. Na przestrzeni wieków Zakarpacie widniało w ramach Królestwa Węgier, a od 1866 r. jako część składowa  Austro – Węgier. Następnie, po I wojnie światowej pojawiło się na skutek ustaleń w Triatlon w obszarach Czechosłowacji. Na krótko przed wybuchem II wojny światowej zostało zaanektowane przez Węgry. W 1944 r. Wkroczyła z kolei na Zakarpacie Armia Czerwona, w następstwie czego doprowadzono traktatem w 1945 r. do utrzymania tego historycznego regionu w ramach ZSRR. W 1946 utworzono Obwód Zakarpacki, który po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę stał się jej częścią.

Odwiedzamy Zakarpacie od lat, ale tak naprawdę wciąż nie znamy tej krainy. Miejsca to zastanawiające, jakby inny kraj po drugiej stronie grzbietu. Nawet teraz, gdy kontynuujemy wyprawę, której pierwszą część przedstawiłem ostatnio, nie mamy szans na bliższą więź z nietypową specyfiką tego miejsca. Nie mamy możliwości czasowych. Realizujemy plan, który i tak w pewnych szczegółach skracamy. Brak nam dni, a marzenia się kurczą. Powinniśmy o tej porze dnia wstępować już na płaje i odkrywać kolejne przestrzenie. Tu są potężne odległości, a mapy wydają się zawsze takie proste. Rzeczywistość stawia nas do pionu od zawsze. Czy zrealizujemy kolejną część planu? Tak wiele nam jeszcze pozostało …

Stoimy w centrum wsi Bogdan, wpatrzeni bezwiednie w bieg Białej Cisy. Jest niedziela i nie możemy liczyć na marszrutkę do Łuchów. Niestety czas ucieka bardzo szybko, a my chcąc wyruszyć w góry potrzebujemy pokonać odcinek około 20 kilometrów, by znaleźć się na krańcach niewielkiego seła o nazwie Howerla. Stamtąd chcemy rozpocząć wędrówkę na stronę galicyjską, przez główny grzbiet wododziałowy, jednocześnie będący najwyższym pasmem nie tylko w Czarnohorze, ale też w całych ukraińskich Karpatach. Zatrzymujemy po wielu nieudanych próbach niewielkiego busa, wożącego miejscowych w dni wolne od pracy. Początkowo kierowca opiera się, mówiąc że to za daleko, a jego trasa właśnie kończy się. Zmuszeni więc jesteśmy złożyć lepszą ofertę finansową, która ostatecznie została przyjęta.

Niecałą godzinę zajęła nam podróż doliną. Wysiadamy na krańcu wsi, niemal od razu podejmując marsz. Jest szansa, że osiągniemy połoninę przed nocą. Byłoby wspaniale stanąć przed zmierzchem na dawnej granicy z lat międzywojennych, która w obecnych czasach oddziela obwody : zakarpacki od ivano – frankowskiego. Niestety, ale to mało prawdopodobne. Jest późne popołudnie, mimo to trzeba iść i cieszyć się każdym przemierzonym odcinkiem, w miejscach tak niesamowitych, w których sam pobyt zapada głęboko w pamięć.

Idziemy przez las, mijając po drodze pozostałości klauzy Howerla. Dziś niewiele widać nad potokiem o tej samej nazwie. Ledwie kilka większych kamieni. Nie podchodzimy, ponieważ jest to miejsce nadspodziewanie oblegane przez turystów zażywających kąpieli w niewielkiej zastawie pozostałej po dawnej klauzie. Dalej jest już spokojniej. Niewielu piechurów schodzących z grani głównej na stronę zakarpacką mijamy tegoż popołudnia. Szlak prowadzi licznymi serpentynami pozbawionymi jakichkolwiek widoków. Las podchodzi bardzo wysoko, ale i on wkrótce musi ustąpić. Jeszcze chwila i pojawi się otwarta przestrzeń – to Połonina Turkulska, którą osiągamy zaledwie 40 minut przed zachodem słońca.

Ostatnie chwile przed zmrokiem są wyjątkowej urody. Żałuję że nie jesteśmy wyżej. Tam na grzbiecie wododziałowym, musi w tym momencie rozgrywać się niesamowity spektakl zachodzącego słońca, obejmujący nie tylko Czarnohorę, ale i sąsiadujące pasma górskie. Nie dane nam dziś tam być. Piękne momenty odnajdziemy jednak wszędzie. Spomiędzy drzew widzimy Karpaty Marmaroskie, które jeszcze dwa dni temu były dla nas miejscem pamiętnego, ekstremalnego noclegu. Zębata grań przypomina nam niesamowite chwile. Ciemność i wiatr, grad oraz błyskawice – burza niezapomniana … Dziś Pop Iwan Marmaroski jest spokojny. Nadzwyczajnej urody wierzchołek tonie w morzu pomarańczowej wieczornej łuny snującej się nad światem.

Z biegiem czasu, zajęty fotografią, przestaję jednak żałować nieobecności na grani głównej ponieważ i tu jest wyjątkowo. Szałas pasterski w ostatnich promieniach słońca – życie na połoninie układa się do snu. Idziemy wyżej, Idziemy dalej, lecz niedługo. Otwiera się zaciszna polanka z ograniczonym widokiem za to z niewielką drewnianą wiatą. Jest to doskonałe miejsce na nocleg. Wyżej dziś już nie ma najmniejszego sensu iść. Lepszej przystani, w ciemnościach z pewnością nie odnajdziemy.

Następny dzień

Już dawno wstał poranek, a ja dopiero otwieram oczy. Jest pogodnie i ciepło, wystarczy tylko zaparzyć kawę i być szczęśliwym. Tymczasem dowiaduję się że Mariusz wybrał się przed świtem na grzbiet wododziałowy, aby poszukać ciekawych kadrów podczas wschodu słońca. Zazdroszczę w duchu motywacji, a po powrocie do domu również efektów.

Tak wyglądała sesja na grzbiecie głównym, czarnohorskim podczas wschodu. Słońce budzi się nad Hryniawami wysyłając po obu swych stronach potężne żółto pomarańczowe łuny. Na pierwszym planie ścieżka grzbietowa biegnie na krańce Czarnohory i dalej ku Czywczynom, ale szczególnie zadziwiające o brzasku jest jezioro zwane Niesamowitym. Jest to jeden z niewielu momentów, który może ukazać je w pozytywnym świetle. W dzień będzie również kolorowo, ale w złym tego słowa znaczeniu. Trzeba tam podejść i przyjrzeć się. Na tle dzikich jeszcze gór Ukrainy, miejsce to sprawia nadzwyczaj przygnębiające wrażenie.

Czeka nas teraz podejście na Turkuł, wierzchołek który odwiedziłem przed laty, ale w skrajnie innych warunkach. Wówczas deszcz oraz ciężkie mgły nie pozwoliły zaznać jakichkolwiek widoków, a był to przecież mój pierwszy pobyt w Czarnohorze. Wprawdzie na najwyższym wierzchołku Ukrainy Howerli, było kilka momentów, gdy mgły się rozstąpiły, jednak wystarczyło to na zrobienie zaledwie kilku zdjęć. Dziś prognozy dają nadzieję na możliwość podziwiania rozległych widoków, choć południowe słońce na bezchmurnym niebie, nie będzie korzystne dla fotografii. Tym bardziej żałuję że nie poszedłem przed świtem z Mariuszem. Teraz pójdziemy tam wszyscy – to kolejny etap naszej przygody. Maszerujemy pośród wysokiej, lecz nie utrudniającej marszu kosodrzewiny. Ścieżka na szczyt wyrąbana jest solidnie i w porównaniu do wielu szlaków w Gorganach, wędruje się tu naprawdę wygodnie. Turkuł to niezwykły wierzchołek. Położony pośród wielu wyższych i bardziej znanych wierchów, wyróżnia się z pewnością tym, że posiada liczne pozostałości stanowisk ogniowych, wybudowanych podczas I wojny światowej. Wciąż stoi  tu słupek graniczny z czasów Polski międzywojennej, nieco pochylony ale stabilny. Roztacza się ze szczytu niesamowita panorama na cztery strony świata. Najlepiej widać oczywiście najwyższą Howerlę, ale również sąsiednie Połoniny Hryniawskie, odległe Gorgany, bliższy Świdowiec, oraz Karpaty Marmaroskie. Doskonale widoczne są również mniejsze wierzchołki grani głównej jak np. Dancerz lub Breskuł. W dole na pierwszym planie nie sposób nie zauważyć sławetnego Jeziora Niesamowitego, oraz potężnego tłumu wszelkiej maści turystów siedzących przed swymi namiotami, opalających się, imprezujących, oraz kąpiących się w tym niewielkim stawie, oczywiście mocno zaśmieconym dookoła. Wkrótce przechodzimy obok w milczeniu, nie oglądając się już za siebie.

Maszerujemy przyglądając się efektownym skałkom zwanym Małymi Kozłami. Tam dalej czeka na nas Rebra, jeden z sześciu dwutysięczników czarnohorskich, oraz niezwykłe formacje skalne które wkrótce będziemy mieć po swej prawej ręce, podczas zejścia z grzbietu wododziałowego ku Połoninie Maryszewskiej. Skały te zwane Szpyciami, to najsłynniejsze wychodnie w ukraińskich Karpatach. Musiały pięknie wyglądać dziś o brzasku. Cóż postaramy się ocenić je pozytywnie w paskudnym ostrym słońcu, gdyż w takim właśnie znalazła się dziś cała Czarnohora.

Rebra ( 2001 m ). Nazwa wskazuje jakoby nazwano tę górę ze względu na skały po wschodniej stronie przypominające żebra. Widać stąd doskonale położony nieco na uboczu Gutin Tomnatyk należący również do grupy dwutysięczników. Nazwa wierzchołka jest nietutejsza, pochodząca od rumuńskiego tomnatic ( jesienny ). Nie idziemy tam już dziś. Cofniemy się z Rebry w stronę zwornika łączącego Szpyci z granią główną obserwując jednocześnie odległe dziś lecz znane nam doskonale miejsca z wielu poprzednich wypraw.

Dostrzegamy między innymi położony poniżej grzbiet Koszaryszcza oddzielającego Dżembronię od Bystrca.  Ów grzbiet, to niesamowite miejsce, prawdziwa esencja Huculszczyzny. Bywałem tam w przeszłości dwukrotnie. Jedna z tych wędrówek była naprawdę szczególna i wyjątkowa. Pamiętna wizyta na Stepańskim, u p. Marii Iliuk, w pięknej huculskiej chacie, w której to mieściły się bardzo wartościowe pamiątki z lat międzywojennych z dawnego obserwatorium astronomicznego. Między innymi młynek do kawy, którą pewnie mielił osobiście dawny gospodarz najwyżej wówczas położonej budowli w Polsce p. Władysław Midowicz. Dla przypomnienia zostawiam starszy artykuł, w którym ukazana jest owa przygoda. Koszaryszcze, pomimo iż położone znacznie niżej od grzbietu wododziałowego, jest doskonałym punktem widokowym zarówno na Połoniny Hryniawskie, jak i na południową część najwyższego grzbietu Ukrainy z Popem Iwanem włącznie. Dodatkowo jest miejscem bardzo istotnym, jeśli chodzi o poznawanie krajobrazu kulturowego Huculszczyzny. Krzyżują się tu płaje pooddzielane woryniami, liczne chaty oraz pasące się zwierzęta. Stogi siana i kwieciste łąki dodają kolorytu tej wspaniałej ziemi.

Między Rebrą a Szpyciami. Poniżej stoki pędzą w dół, a tam? Kocioł Gadżyny! Bardzo urokliwe miejsce ukazujące potęgę gór – skały, przestrzenie, odległości. Czarnohorę w dzisiejszych czasach oblegają tłumy turystów, niczym w polskich Bieszczadach, ale są jeszcze takie momenty, gdzie nie widać nikogo, przynajmniej przez kilkanaście minut. Można zażyć chwili wytchnienia i rozejrzeć się. Większość oblega Howerlę i Szpyci, także Jezioro Niesamowite oraz Pop Iwan. Piękno i komercja – dziś, miejsca dawniej sekretne i pożądane, obecnie są już tylko namiastką wolności …

Idąc dostrzegamy również niezwykle malownicze Kozły Wielkie, biegnące równolegle do położonych przed nami Szpyci, które już za chwilę staną się przedmiotem podziwu i fascynacji.

Kamienne teatry. Najwspanialsze formacje skalne w całej Czarnohorze, a być może i w ukraińskich Karpatach. Szpyci – tak brzmi nazwa tych spektakularnych, stworzonych przez naturę rzeźb rozdzielających kotły polodowcowe : Turkulskie oraz Gadżyny. Niesamowite przejście od grani głównej Czarnohory jest niezwykle wąskie, a nadzwyczajne urwisko opada w stronę kotła Gadżyny niemal pionową ścianą. Miejsce wybitnie piękne, przedstawiające kamienne wychodnie, które kojarzyć się mogą z postaciami zwierząt oraz ludzi. Wystają tu ostre iglice oraz kolumny – wysokie na kilkadziesiąt metrów i wąskie na zaledwie kilka. Wiążą się z tym miejscem liczne legendy oraz podania huculskie. Nie mamy jednak czasu, aby szukać skarbów ukrytych w zakamarkach skał oraz wywoływać czarownice oraz demony. Przed nami dwie godziny marszu do celu. Tam na dole, trzeba nam jeszcze znaleźć miejsce na nocleg.

Na przełęczy pod Połoniną Maryszewską, stoi krzyż, który upamiętnia banderowca. Wymownym jest, że poniżej znajdują się ruiny dawnego schroniska polskiego, którego gospodarze zostali rozstrzelani przez UPA. Uratowała się dziewczynka – córka gospodarzy, którą zaopiekowali się nieliczni już Polacy w obecnej Werhowynie …

Schodzimy niżej, by wygodnym płajem przejść ku kurczącej się przez ekspansję leśną, dawniej ogromną Połoninę Maryszewską a tam …

… Ślady polskości w miejscu gdzie wkroczył las. Połonina Maryszewska przed wojną była wspaniałym punktem widokowym i posiadała jedno z najpiękniejszych schronisk w Karpatach Wschodnich przedwojennej Polski. Miejsce to jest jednym z niewielu w górach dzisiejszej Ukrainy, które zachowało jeszcze tak wyraźny ślad międzywojennej turystyki. Schronisk było naprawdę sporo w tamtych czasach. Nie licząc tych w Beskidach Zachodnich, to tu w Czarnohorze oraz w Gorganach, a także w Beskidach Skolskich i Bieszczadach Wschodnich przyjezdni mieli naprawdę w czym wybierać. Samo schronisko powstało dzięki Karpackiemu Towarzystwu Narciarzy ( KTN ), które założono 29 stycznia 1907 r. we Lwowie. Było to pierwsze polskie stowarzyszenie narciarzy. Schronisko powstało w 1936 r. lecz niestety wojny nie przetrwało. Być może zostało spalone przez Sowietów, którzy nie chcieli zostawiać schronienia dla sotni UPA, grasujących na ogromnych obszarach. Tak przynajmniej uważa p. Joanna Tyska – Kobylińska, ocalała dziewczynka, córka dawnych gospodarzy schroniska.

O dawnych polskich schroniskach w Karpatach Wschodnich, pisałem w przeszłości tutaj

U podnóża Połoniny Maryszewskiej, w miejscu nieco oddalonym od przebiegającego szlaku odchodzi dróżka powyżej potoku Marysz, oznaczonego też na mapie Wojciecha Krukara jako Kremenysik. Prowadzi ona do ukrytego przysiółka Skarby. Tam właśnie przed II wojną światową w latach 1926 – 1939 mieszkał w wybudowanym przez miejscowych Hucułów domu, polski pisarz, eseista Stanisław Vincenz, twórca tetralogii Na wysokiej połoninie. Urodzony w Słobodzie Rungurskiej piewca i miłośnik Huculszczyzny stworzył tu dzieło, które powstało dzięki uwielbieniu miejsc i ludzi tworzących klimat gór Huculszczyzny. Drewniany dom artysty, przeniesiono do centrum wsi Bystrzec w 1940 r. gdy Stanisław Vincenz zmuszony był uciekać z ukochanej Wierchowiny przed zajmującymi kraj Sowietami. Ewakuował się wraz z rodziną z Bystrca przez Kizie Ułohy i grań czarnohorską do zakarpackich Łuhów, i dalej na Węgry, by ostatecznie osiąść w szwajcarskiej Lozanie. Nie dane było Stanisławowi Vincenzowi wrócić ponownie za życia na Huculszczyznę. Zmarł w 1971 r. w Lozanie, a pamięć o nim przetrwała wśród tamtejszych mieszkańców i jest pielęgnowana również tutaj na Huculszczyźnie, gdzie żył tworzył, kochał i przeżywał na swój sposób atmosferę tamtych bezpowrotnie minionych lat.

Po latach Stanisław Vincenz powrócił do Bystrca w duchowym obliczu. Dzięki przedsięwzięciu Towarzystwa Karpackiego oraz ukraińskiego towarzystwa Huculszczyzna, w 70 rocznicę ucieczki Vincenza zorganizowano uroczystości oprawione licznymi prelekcjami i zakończone wędrówką szlakiem ucieczki Stanisława Vincenza. Tam gdzie stał przed wojną dom, postawiono drewniany krzyż w stylu huculskim. Zawiera on tablicę z inskrypcją spisaną w trzech językach : polskim, ukraińskim oraz Jidysz. Żydzi odegrali znaczną rolę w spisanej epopei, byli częścią tego świata prawdziwego, dobrego i mądrego.

Oddaję cześć autorowi, po czym kieruję się  do gospodarstwa położonego niecały kilometr stąd. Ta czekają na mnie towarzysze, spędzający czas w towarzystwie gospodarzy huculskich, goszczących nas kawą oraz śniadaniem zamówionym dzień wcześniej u tegoż Państwa syna przechodzącego nieopodal miejsca w którym rozbiliśmy się na noc.

Bystrzec kojarzony powszechnie z osobą Stanisława Vincenza, to dziś właściwie przysiółek sąsiedniej Dżembroni. Położony w ciasnej dolinie potoku o tej samej nazwie tworzy klimat prawdziwej wsi huculskiej ze względu na tradycyjnie przez Hucułów utrzymywaną zasadę budowania się i zamieszkania w rozproszeniu z dala od sąsiadów. Jest to pewna cecha okazywania swej wolności i niezależności. Stojąc przed wspaniałą chatą z przepięknym widokiem na Kizie Ułohy, doświadczamy kolejnej już niespotykanej gościnności cudownych ludzi, którzy żyjąc na uboczu, z wielką estymą i szczerą radością witają nas u swych progów. Siadamy na długiej wąskiej ławie tuż pod ścianą. Gospodarze częstują nas kawą, bryndzą oraz sałem. Najchętniej rzucilibyśmy dziś wszystko i odpoczęli w zaciszu gospodarstwa delektując się przyrodą oraz klimatem swojskiego obejścia.

Niestety naprawdę musimy zbierać się. Pogoda jest niepewna, choć według prognoz padać nie powinno. Musimy jednak dostać się do centrum Bystrca, aby zrobić w sklepie zakupy i przemieścić się następnie znaną nam doskonale szutrową drogą biegnącą wzdłuż Czarnego Czeremoszu w stronę Zełenego. Tam przez Uhorskie Skały będziemy chcieli dostać się w Połoniny Hryniawskie. Tymczasem żegnamy życzliwych dobrych ludzi, płacąc za doskonałą gościnę, po czym ruszamy w dół do drogi przebiegającej przez wieś.

Senna atmosfera, w miejscu gdzie czas jakby nie grał już roli. Otoczenie od lat to samo. Centrum, sklep … w samo południe, wszystko zastyga. Wewnątrz skromnie i ponuro, ale niczego nie brak tu do życia … Żmija w słoiku, na wszelkie choroby, baśń – mądrość starowieku. Zagród w tym niezwykłym centrum niewiele. Tu na ogromnych obszarach żyją ludzie w oddaleniu, choć każdy dla siebie jest sąsiadem.

W Bystrcu udaje nam się zorganizować transport. Szofer – wielki brodaty Hucuł o przyjaznym usposobieniu podwozi nas za odpowiednią opłatą kilka kilometrów drogą w dolinie Czarnego Czeremoszu. Potrzebujemy być w Zełenem najpóźniej po południu, aby jeszcze dzisiejszego wieczoru rozbić obóz gdzieś na grzbiecie Połonin Hryniawskich. Trakt wiodący wzdłuż jednej z najbardziej znanych rzek Karpat Wschodnich ma znaczenie sentymentalne. Tędy jeździliśmy wielokrotnie w miejsca, które były bazą wypadową naszych wędrówek. Mało tego, była to pierwsza trasa pokonana przeze mnie pieszo, gdy pierwszy raz przed dekadą odwiedziłem Dżembronię w Czarnohorze. Zawsze będę miał w sercu tamten czas, gdy zafascynowany stałem na wiszącej kładce nad Czarnym Czeremoszem u zbiegu potoku Dżembronia do większej górskiej, dzikiej i rwącej rzeki. Czasem przeglądam te stare zdjęcia i uśmiecham się w duchu. Świat ten był postrzegany moim świeżym okiem – ten pierwszy raz w miejscach, które znałem tylko z książek i z opowiadań. Jestem przekonany, że wrócę tu jeszcze nie raz i dalej będę wspominał …

Zełene – ta piękna huculska wieś ciągnie się na przestrzeni wielu kilometrów po obu stronach rzeki. Liczne przysiółki rozległej miejscowości zawierają w sobie rozrzucone chaty huculskie z zachowanymi woryniami oraz tradycyjnymi sprzętami. Zaprawdę malownicza to wieś i pełna życia. Zupełnie inna atmosfera tu panuje, niż w skostniałym, niemal hermetycznym Bystrzcu. Mimo to korzenny klimat również i tu jest mocno odczuwalny. Wysiadamy w centrum wsi, tuż za cerkwią. Musimy teraz przejść przez most aby wyznaczonym szlakiem dostać się przez Uhorskie Skały w Pasmo Skupowej – jednego z wielu w Połoninach Hryniawskich, ale nie znanego nam dotychczas. Doświadczyliśmy jedynie w przeszłości, że Połoniny Hryniawskie to przepiękne pasmo górskie, tak mało znane szerzej a niespotykanie bogate krajobrazowo, oraz kulturowo. Przyznam, że czekałem z wielkim utęsknieniem, większym niż gdziekolwiek indziej, by wrócić tu i odbywać kolejną spokojną wędrówkę, która onieśmielić potrafi swymi pięknymi plenerami. Opiszę to jednak w kolejnej części.

Tekst : Tomasz Gołkowski, zdjęcia : Tomasz Gołkowski oraz Mariusz Obszarny

Share Button

1 komentarz do “Czarnohora – od strony zakarpackiej przez Szpyci do Bystrca

  1. Maria z Pogórza Przemyskiego

    Tomasz, Twoje wpisy czyta się jak samego Vincenza. Aż dusza się rwie w tamte strony, tylko że my już po górach mało, raczej pasiemy oczy widokami, to nam wystarczy. Piękna wycieczka, piękne przeżycia; pozdrawiam serdecznie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.