Pop Iwan Marmaroski

Góry Marmaroskie, położone w ogromnych obszarach Wewnętrznych Karpat Wschodnich, to jedno z najdzikszych miejsc w całej Europie. Rozłożone po obu stronach kordonu  oddzielającego Rumunię od Ukrainy, mieszczą w sobie na dość długim odcinku pasa granicznego masyw Gór Czywczyńskich, oraz określane przez wielu krajoznawców „właściwe Marmarosze”. Wyrosły tam najwyższe i najpiękniejsze wierzchołki przedstawianego pasma. Opisując w przeszłości Góry Czywczyńskie, a także najwyższy w Karpatach Marmaroskich Farcaul, dziś chciałbym zwrócić uwagę na niemal równy wysokością, położony centralnie na granicy, słabo dostępny, i wielce widokowy Pop Iwan Marmaroski. W przeszłości, bardziej istotny oraz pożądany, był dla nas inny Pop Iwan – położony w sąsiedniej Czarnohorze, nieco wyższy, powszechnie znany, bardziej przystępny, ale przede wszystkim historyczny i dla wielu kultowy. Ten jeden z najwyższych wierzchołków Ukrainy, był górą wyśnioną, a niesamowite „zamczysko” na jego czubku działało na wyobraźnię jak mało który wierch w potężnym łańcuchu Karpat. Dziś Pop Iwan Czarnohorski tworzy nową historię, i choć wciąż emanuję magią, to nie wzbudza już tylu emocji i zainteresowania co dawniej. Tak dużo jest pięknych miejsc w Karpatach – gdziekolwiek jednak w górach Huculszczyny się nie znajdę, to widzę z oddali potężny garb z odnawianymi dziś ruinami i wspomnienia wracają …

Będący zawsze w cieniu, położony w swej północnej części na Zakarpaciu wierzchołek, nieco też niższy od bardziej znanego imiennika, wzbudzał mimo wszystko moje zainteresowanie już od dawna, gdy pierwszy raz zobaczyłem go, wędrując w rejonie wspomnianego Farcaula i zachwycając się jego piękną sylwetką od południowo – wschodniej strony. Góra czekała jednak na mnie przez długie lata, aż wreszcie postanowiłem wdrapać się tam, realizując plan zdobycia Korony Gór Ukrainy według Adama Rugały . Prawdziwa chęć zdobycia potężnej i wybitnej góry zrodziła się tak naprawdę trzy lata temu, niestety nigdy dotychczas nie było mi po drodze. Wcześniej kroki swe kierowałem w inne obszary Karpat Wschodnich – bliższe bądź dalsze, i z racji swej odległości od uczęszczanych dotychczas przeze mnie szlaków górskich i bezdroży realizacja nie była możliwą. Kolejnym problemem, okazała się być niespodziewana pandemia, która zamknęła na dłuższy czas możliwość powrotu na wschód. Tego lata nadarzyła się w końcu okazja – dłużej zwlekać nie mogłem. W porozumieniu ze sprawdzonymi druhami doli i niedoli górskiej, zdecydowałem się na poświęcenie połowy czasu kolejnej wyprawy na wschód, by w końcu stanąć na szczycie marmaroskiego Popa Iwana i zobaczyć tę słynną dookolną panoramę, która zadziwiła w przeszłości kilku znanych mi towarzyszy karpackich. Wyjeżdżamy z przygranicznych Szegini wynajętym busem do Lwowa późnym wieczorem, aby o północy móc wsiąść do autokaru rejsowego zabierającego nas do oddalonej zaledwie o kilka kilometrów od rumuńskiej granicy miejscowości Diłowe.

Podróż nocą przebiega bez historii, natomiast wczesnym rankiem mamy okazję przyjrzeć się zakarpackim wsiom położonym w dolinie Czarnej Cisy. Mijamy znaną już turystom z czasów międzywojennych Jasinię. Ta niegdyś uważana za stolicę tzw. Republiki Huculskiej miejscowość sprawia duże wrażenie, gdy popatrzymy na jej rozległe łąki górskie naznaczone porozrzucanymi chatami huculskimi. Krótki postój w Rachowie i rzut okiem na mniej znaną okolicę. Byłem tu w przeszłości tylko raz, gdy przekraczałem granicę w nieodległym Sołotwino. Dziś, podobnie jak i wtedy, nie mam okazji pospacerować uliczkami niewielkiego, przygranicznego miasteczka.

Ostatni przystanek – Diłowe.  Jest to sporej wielkości wieś przygraniczna, ważna dla powodzenia naszej marszruty. Otóż mieści się tu placówka ukraińskiej Straży Granicznej, w której mamy nadzieję otrzymać zezwolenie, na poruszanie się w rejonie grzbietu granicznego. Potrzebujemy przedstawić kopię naszej prośby pisemnej, wystosowanej do siedziby głównej w Mukaczewie. Czekamy niecałą godzinę. Funkcjonariusz zabiera do sprawdzenia nasze paszporty wraz ze wspomnianą wcześniej kopią „dozwiłu”. Wraca po chwili, życząc powodzenia. Musimy postarać się o transport. Można w Diłowem wynająć kierowcę UAZ – a przewożącego ludzi wyboistą drogą w dolinie potoku o nazwie Biłyj. To około 15 kilometrów marszu, czyli realnie jeden dzień oszczędzić możemy dla realizacji całego przedsięwzięcia jakim jest pobyt w trzech pasmach górskich : Gór Marmaroskich, Czarnohory oraz Połonin Hryniawskich. Taki plan chcemy wykonać, ale dziś opiszę jedynie to co spotkało nas w Górach Marmaroskich, czyli temat główny – wpisać do listy Korony Gór Ukrainy niesamowity wierzchołek Pop Iwan Marmaroski, jako 17 zaliczony już szczyt w tejże kolekcji.

Diłowe zza szyb pędzącego drogą pełną dziur UAZ – a. Przemieszczamy się w stronę drogi leśnej, która poprowadzi nas przez wyboje, górskie potoki oraz ostre podjazdy, gdzie nawet współczesna terenówka nie koniecznie mogłaby sobie poradzić.

W lesie doświadczamy wielu wspaniałych momentów. Potok górski płynący wzdłuż drogi zachwyca swą urodą. Przeciska się miejscami tuż obok skalnych wychodni tworzących na krótkich odcinkach uroczy ciasny wąwóz. Przed nami stromy podjazd, tak trudny, że kierowca prosi nas o pokonanie kilkusetmetrowego odcinka pieszo. Jest to więc dobry moment, aby na chwilę wyciągnąć aparat i zrobić kilka zdjęć.

Docieramy na skraj lasu i dostrzegamy piętrzące się wokół wierchy. Droga szutrowa wciąż wije się pod górę. Wysiadamy tym razem już na dobre i patrzymy w dal. Gdzieś tam, za wystającą na południu zębatą granią znajduje się upragniony cel naszej wyprawy.

Skromne życie na wysokiej połoninie. Dzieci i dorośli zbierają jagody, oraz grzyby. Odbywa się tu również  wypas owiec. Widoczny w oddali mężczyzna, niesie przerzuconego przez plecy barana, w stronę widocznej pasterskiej stajki. Warto zatrzymać się i popatrzeć na te niedostępne dla nas na co dzień, ulotne chwile z życia huculskich pasterzy.

Podnosimy nasze plecaki i rozpoczynamy kolejny etap naszej marszruty. Zaczyna się ostre i mozolne podejście w stronę górującego nad nami Popa Iwana Marmaroskiego. Roztaczające się wokół widoki na  Czarnohorę, dalekie Połoniny Hryniawskie oraz południową część Gór Marmaroskich zachwycają, lecz oto za nami czuć powiew nadciągającej burzy …

Tam daleko, Pietros Czarnohorski przeżywa spektakularne załamanie pogody. Kontrastowo, wspaniałe refleksy świetlne przeplatają się z potężna czarną chmurą zwiastującą rychłą ulewę, która potencjalnie i nam może zagrozić. Wciągamy szybko peleryny ochronne i zabezpieczenia na plecaki. Na szczyt droga daleka i ciężka, jednak w skrajnie trudnych warunkach wydłużyć może się znacznie. Pojawia się kosodrzewina oraz kamienie, które wkrótce podczas zbliżającej się ulewy staną się śliskie i niebezpieczne. Maszerujemy obserwując otoczenie. Groźba wkrótce oddala się. Zauważamy że poszła bokiem w stronę Świdowca. Pop Iwan Marmaroski oszczędził nas, przynajmniej na razie. Musimy jednak iść czym prędzej.

Wspinamy się równolegle do widzianej powyżej grani granicznej. W Oddali dostrzegamy na tle dalekich Alp Rodniańskich, maszerujący, zorganizowany obóz wędrowny. Kilka godzin wcześniej widzieliśmy tę grupę wspinającą się na grzbiet Popa Iwana Marmaroskiego. Są już daleko – idą w stronę Nieneski i Meżypotoków, a później? Może zejdą w dół, przez potok Kwaśny do Bogdana. Być może jednak wybiorą się ku mniej dostępnym dla turystyki Czywczynom odwiedzanym przeze mnie i mych towarzyszy w poprzednich latach. Pamiętny Stoh, Czywczyn oraz Hnitesa … Wspaniałe wierzchołki zdobywane przez nas w przeszłości działają wciąż na wyobraźnię. Wystarczy iść linią graniczną przez cztery, może pięć dni, by stanąć raz jeszcze na Hnitesie i zejść w dół, granicznym, legendarnym jarem Menczyła i Perkałabu do strażnicy w Kałynczi. Wrócimy tam kiedyś znów, ale dziś mamy inne, nowe zadania i zupełnie odmienne emocje.

Mamy do wyboru iść ostro w stronę szczytu na wprost lub obejść nieznacznie widzianą przez na górę. Wybieramy drugi wariant, który wydaje nam się łatwiejszy. Wkrótce mocno tego pożałujemy … Dochodzimy do zwornika rozdzielającego płaje – tam okazuje się że nie spojrzeliśmy dokładnie na mapę, nic to – widzimy jedynie jakim ułatwieniem byłoby skorzystanie z pierwszej możliwości. Tutaj pośród krzaków borówek, przenika ledwie widoczna ścieżka, która chwilami niemal zanika. Ponad nami natomiast, pochylają się  niewysokie gałęzie kosodrzewiny, pod którymi musimy się przeciskać, bądź też chwytać rękami korzeni, aby z ciążącymi do tyłu plecakami móc utrzymać równowagę na niemal pionowej ścianie. Przeszkadzają okrutnie kijki trekkingowe nie spełniające w tym miejscu swojej roli, oraz sprzęt fotograficzny zabierający przestrzeń z przodu. Jedynie epickie widoki rekompensują to beznadziejne i długie podejście.

Jesteśmy na grzbiecie granicznym – udało się pokonać wydawałoby się najgorszy moment, ale nie … Tam daleko na południowym zachodzie dostrzegamy potężną burzę. Nie wiemy jeszcze czy nas pogrąży, czy też przejdzie bokiem, tak jak poprzednia. Mamy niecały kilometr do szczytu, ale jest już znacznie łatwiej – otwierają się również nowe przestrzenie. Widać teraz doskonale góry Rumunii, nie tylko od wschodniej strony. Tam jednak kłębią się coraz to potężniejsze chmury zwiastujące niechybne całkowite załamanie się pogody.

Ostatnie podejście – jesteśmy niemal na szczycie. Poniżej widać grań, której niemal pionowa ściana dostarczyła nam przed godziną tak wielu wrażeń. Wiatr zrywa się, od wschodu, pozostają jednak jeszcze widoczne najwyższe wierzchołki Gór Marmaroskich w ładnym popołudniowym słońcu.

Po lewej jak na dłoni, Farkaul oraz Michailecul, zdobyte przeze mnie przed laty. Między nimi znajduje się malownicze jezioro Vinderel, które swego czasu zachwyciło mnie jako tło dla pasących się wokół koni.

W oddali majaczy na tle rozszalałej burzy, wspomniany na wstępie Pop Iwan Czarnohorski. Zwiedzane w przeszłości przez nas ruiny dawnego obserwatorium dziś dostają nowe życie. Odbywa się tam remont starego „zamczyska”. Dostanie nową rolę i przyciągnie kolejne pokolenia turystów. Zobaczymy jak to się wszystko zakończy …

Nareszcie

Pop Iwan Marmaroski zdobyty. Wspaniały wierzchołek, którego charakterystyczną bryłę zapamiętałem dokładnie, gdy ongiś stałem na grzbietach Farcaula i Michailecula. Wydawał mi się już wtedy bardzo dostojny i wybitny. Myślałem wówczas aby wdrapać się nań od strony rumuńskiej, ale niestety w ostatnich latach nasze szlaki nie biegły przez obszary Maramureszu. Dziś w końcu, po latach tu stoimy, jednakże długo swą radością nacieszyć się nie możemy …

Nadchodzi piekło – atmosfera niesamowitości i grozy. To ostatnia chwila, aby udokumentować naszą obecność na upragnionym wierzchołku jednej z najpiękniejszych gór Karpat. Minutę później było już po wszystkim …

Dosłownie w jednej chwili nawałnica wtargnęła na grań zalewając nas jedną wielką ścianą deszczu. Potężny wiatr zakłócił naszą równowagę, ale najgorsze dopiero zaczyna się … Pojawia się siekący potężnie grad, który całkowicie zamyka nam możliwość ucieczki w dół. Stoimy samotni nieco poniżej szczytu przyjmując serię twardych zmrożonych pocisków. Zdawać by się mogło że trwa to bez końca. Nie uchronimy się – jedynie sprzęt fotograficzny oraz dokumenty staram się panicznie zabezpieczyć, reszta nie ma już znaczenia. Magiczna góra nie oszczędza nas tym razem. Okoliczne wierchy również pogrążone są w  ciemności, a my przemoczeni niemal w stu procentach ledwie utrzymujemy się na nogach. Niemal zmrożeni zimnem trwamy w ogniu otaczających nas błyskawic.

Ulewa ustaje, a wiatr nieco odpuszcza. Jest za to bardzo zimno, ale pod ręką mamy sporą butelkę koniaku. Tak spragniony mocnego trunku nie byłem nigdy. Ogromny łyk podnosi morale i zagrzewa do wykonania wysiłku. Musimy zejść do przełęczy – tam jest szansa na nocleg, tylko w jakich warunkach? Susi dziś wieczorem  i w nocy z pewnością nie będziemy.

Następuje dramatyczne zejście w dół, gdzie niepokój miesza się z podekscytowaniem. Entuzjazm z czasem wzrasta, choć z tyłu głowy kołata się myśl, o tym gdzie i w jaki sposób rozbijemy obóz na noc. Świat jakby tonął w chmurach, a  niebo zlewa się z ziemią – wilgoć jest wszechobecna. Dotkliwie znosimy myśl że tuż po drugiej stronie linii granicznej, dosłownie na wyciągnięcie ręki, znajdują się szałasy rumuńskich pasterzy. Opuszczone lecz suche i utrzymane w dobry stanie – ach gdyby tak można było przejść na drugą stronę … To zaledwie kilkanaście metrów. Po stronie ukraińskiej, na widocznej niewielkiej polance pokrywającej przełęcz, do której zmierzamy nie możemy liczyć na podobne ułatwienie. Pasterstwo w tym miejscu akurat już zanikło …

Odnajdujemy mniej podszyte zielenią miejsce na nocleg, jednak na niewiele się to zdaje. Mamy jeden w miarę suchy śpiwór i namiot, który jest nieco większy od dwu pozostałych. Suche ocalały też spodnie dresowe i gruba bluza z kapturem, którą jednak mocno złapała wilgoć. Koledzy też nie mają wiele szczęścia. Postanawiamy, że w jednym namiocie spróbujemy zasnąć kładąc jedyny suchy śpiwór w poprzek. Przynajmniej nogi zabezpieczymy przed zimnem. Pozostałe, mokre części odzieży i reszty ekwipunku wkładamy do pozostałych dwóch namiotów. Telepiemy się z zimna, ale znów z pomocą przychodzi koniak oraz gorąca herbata. Otwieramy też konserwy i zapakowany na szczęście w worek całkiem suchy chleb. Złocisty, mocny eliksir rozchodzi się swym ciepłem po ciele. Spróbujemy zasnąć, zostawiając ćwierć butelki na czas kryzysu, który pewnie pojawi się nad ranem. Słyszymy jak zaczyna się znów ulewa. Oby przetrwać do rana. Jutro będziemy musieli sobie jakoś poradzić.

Na drugi dzień

Świat jest spowity ciężką mgłą, prognozy wskazują na deszcz. Odpalam niewielką kuchenkę by zagotować wodę. Widzę w pobliżu kilka gruzawików oraz jakieś niewyraźne postacie stojące w kręgu. Czuję dym i po chwili dostrzegam ogień. Zbieracze jagód … Mają również kiepski dzień. Ciężko zbierać owoce w tych warunkach, jednak mimo wszystko są w lepszej sytuacji –  posiadają pojazdy …

Do położonej w dolinie Białej Cisy wsi Bogdan prowadzi stąd leśna ścieżka, ale pogrążona jest jak mówi jeden z szoferów w wezbranym silnie potoku o nazwie Kwaśny. Opcjonalna wędrówka grzbietem granicznym pod wierzchołek Meżypotoki i stamtąd w dół, to w obecnych warunkach niemal dwa dni marszu. Nie stać nas czasowo na taką marszrutę, w dodatku nasz ekwipunek wymaga regeneracji. Pytamy grzejących się przy ogniu kierowców o warunki podwózki w dół i okazuje się że jest taka możliwość, choć musimy poczekać do popołudnia. Prawdopodobnie o godzinie 14 będą chcieli przemieszczać się do wsi. Dogadujemy się – prawdopodobnie również zapewniamy sobie nocleg w jednym z huculskich gospodarstw we wsi Bogdan. Jest to dobra wiadomość, ponieważ jutro od rana ma świecić słońce, co też pozwoliłoby nam wysuszyć cały nasz dobytek i zregenerować siły.

Jedziemy początkowo wierzchowiną przykryci plandeką. Deszcz leje, nie dając nam możliwości podziwiania jakichkolwiek widoków. Godziny mijają, a my wciąż ściśnięci wśród jagodowej załogi monotonnie staczamy się ku dolinie. Tuż nad wsią przejaśnia się. Wychylam głowę i udaje mi się zrobić zdjęcie telefonem. Góry piętrzą się wokoło. Trwa to wszystko niesamowicie długo. Strome stoki i wysokie wierchy sprawiają wrażenie jakoby całą przygoda odbywała się na wysokości kilku tysięcy metrów.

Jesteśmy we wsi – szofer rozwozi pracowników do miejsc zamieszkania. Na koniec organizujemy nocleg – stodoła i suche siano. Niesamowite miejsce – jest kolacja u huculskiego gospodarza, który przynosi bryndzę, sało, pomidory, chleb oraz samogon. To chyba najszczęśliwszy moment naszej przygody. Siadamy pośród gościnnych mieszkańców i prowadzimy dyskusję. Mówimy o życiu w Polsce, pracy, rodzinie, wysłuchując jednocześnie opowieści i historii huculskich.

Zasypiamy twardo – jutro nowy dzień i kolejne wyzwania. Podejmiemy się przeprawy przez grzbiet wododziałowy w najwyższej na Ukrainie Czarnohorze. Przejść chcemy na stronę galicyjską, wędrując pośród najwyższych szczytów ukraińskich Karpat. Stamtąd planujemy przez Szpyci i Połoninę Maryszewską dostać się do Bystrca i dalej wzdłuż Czarnego Czeremoszu osiągnąć wieś Zełene. Postaramy następnie wspiąć się ponownie, tym razem jednak na Połoniny Hryniawskie, i przejść pasmem Kryntej oraz Skupowej, by znaleźć się ostatecznie w Werhowynie. Opowiem o tym jednak w przyszłości.

Tekst : Tomasz Gołkowski, zdjęcia : Tomasz Gołkowski i Mariusz Obszarny oraz nieznany autor.

W wyprawie uczestniczyli : Tomasz Gołkowski, Mariusz Obszarny oraz Piotr Baran

 

 

 

 

Share Button

4 komentarze do “Pop Iwan Marmaroski

  1. Maria z Pogórza Przemyskiego

    To się czyta, w domowym zaciszu, przy płonącym kominku dającym ciepło … niesamowita wyprawa, opis burzy, noc w deszczu, i znowu deszcz, nie każdy byłby bohaterem. Nie dziwiłabym się, gdyby przyszły chwile załamania, chęć powrotu, ale jak wychodzi słońce, osusza przemoczone rzeczy, to i świat wydaje się przyjaźniejszy. Podziwiam bardzo i czekam na ciąg dalszy; pozdrawiam serdecznie.
    P.s. A gdybyście przekroczyli tę granicę, znaleźli kolibę pasterską, bo przecież to było bardzo realne zagrożenie, że zamarzlibyście tam, co groziłoby z każdej strony? rumuńskiej i ukraińskiej? trochę naiwne pytanie:-)

    Odpowiedz
    1. Tomasz Autor wpisu

      Witaj Mario
      Oczywiście nikt nie jest ze stali i osłabienie dopada każdego, ale też myślę że każdy ma w sobie pokłady energii, które wyzwalają się w najtrudniejszych momentach. Oczywiście trzeba działać aby mentalność pozostała na właściwym poziomie. W grupie też zawsze łatwiej niż samemu. Nie wiem, co konkretnie mogłoby nam grozić – może bez zsyłki na białe niedźwiedzie by się obeszło 😉
      Dziękuję za odwiedziny, kolejna część ukaże się być może w kolejny weekend
      Pozdrawiam serdecznie
      Tomasz

      Odpowiedz
  2. Wojtek Beskidnik

    Kolejna fajna relacja. No i jak zawsze z przygodami.
    A jak z zezwoleniem. Czy pisaliście maila, tak jak dawniej pisał Rugala, czy jest jakiś nowy sposób.

    Odpowiedz
    1. Tomasz Autor wpisu

      Dzięki
      Trochę się już nazbierało tych relacji z Karpat Wschodnich. Robiliśmy tak jak zawsze, czyli mail oraz wydruk kopii. Wydaje mi się że nie sprawdzali tak szczegółowo jak dawniej. Staliśmy pod placówką w otoczeniu ukraińskich turystów. Zabierano nasze dokumenty i sprawdzano wewnątrz. Po kilkunastu minutach funkcjonariusz wychodził by oddać i właściwie tyle. Nie wiem na pewno czy dzwonił do Mukaczewa z zapytaniem o pozwolenie. Wkrótce pojawi się kolejna część
      Pozdrawiam serdecznie
      Tomek

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.